Kulisy Polskiego Horroru. #23 Grzegorz Gajek
Grzegorz Gajek jest mitologiem, popularyzatorem bizarro, kulturoznawcą i miłośnikiem zwierząt. Ponadto napisał trzy powieści i sporo opowiadań. Bywa na konwentach, w czasie których opowiada o różnych rzeczach, jeździ konno i dokarmia małpę. Zadebiutował powieścią "Szaleństwo przychodzi nocą", którą ostatnimi czasy wznowiło Studio Truso w formie ebooka, po czym przyszedł czas na "Ciemną stronę Księżyca" i zbiór opowiadań "Sen, brat śmierci". Marzy mu się pisanie do późnej starości, nawet jeśli będzie to oznaczało jakieś skomplikowane operacje na mózgu (ja się nie znam, czytajcie o szczegółach w wywiadzie). A przy tym jest całkiem fajnym facetem. Zapraszam do naszej rozmowy.
Grzegorz Gajek: Grzegorz Gajek to facet, który pisze różne dziwne,
często ponure, historie. Pisanie to coś, co chciałem robić od zawsze, i tak
naprawdę jedyne, w czym jestem dobry.
Paulina: Od kiedy piszesz?
Grzesiek: Mniej więcej od 7-8 roku życia. Cholercia, właśnie sobie
uświadomiłem, że to już 20 lat. Ale pierwsze opowiadanie udało mi się napisać
do końca, kiedy miałem 9 lat. Nie było najlepsze. Niemniej stanowiło pewien
przełom. Doprowadzenie historii do sensownego zakończenia to w sumie
najistotniejsza sprawa.
Paulina: Co to były za opowiadania? Groza? Już wtedy?
Grzesiek: Moje najwcześniejsze opowiadania były osadzone w
uniwersum Gwiezdnych Wojen. Pierwsze samodzielne kroki stawiałem w konwencji
fantasy, później przyszła kolej na s-f. Do horroru gatunkowego przekonałem się
późno, jako większy nastolatek. Jednak elementy grozy zaczęły się pojawiać w
moich tekstach dość szybko. Zawsze najciekawsze wydawały mi się straszne
historie. Jednak jednocześnie chciałem mieć możliwość tworzenia fantastycznych
światów. Stąd taki a nie inny wybór gatunków. Zresztą, im człowiek młodszy, tym
łatwiej go przestraszyć. Jak miałem 11 lat, najbardziej podobał mi się początek
Władcy Pierścieni, te sceny kiedy Frodo i spółka musieli kryć się przed
Nazgulami w Shire. To było super, bo po plecach chodziły mi ciarki i trzymałem
kciuki, żeby upiory nie wywęszyły hobbitów.
Paulina: Też lubiłam początki Władcy :) Masz jeszcze te wczesne
opowiadania?
Grzesiek: Na półeczce w moim domu leży taki mocno zmaltretowany
kajecik z wyrywanymi kartkami w kratkę. Nie zaglądałem do niego od baaardzo
dawna, ale jestem prawie pewien, że znalazłyby się tam moje najstarsze teksty.
Paulina: Najstarsze teksty może kiedyś wyjdą... in memoriam ;)
Grzesiek: Jako facsimile świadczące o tym, jak paskudny mam
charakter pisma? Mam nadzieję, że nie;).
Paulina: Kiedy tak naprawdę na poważnie zacząłeś pisać? I jakie
były te pierwsze nie-dziecinne sukcesy?
Grzesiek: Do pisania zawsze podchodziłem bardzo poważnie. W ogóle byłem
nienaturalnie poważnym dzieckiem. Natomiast rąk i nóg zaczęło to nabierać jak
miałem gdzieś tak 14-15 lat. Wtedy na chwilę porzuciłem fantastykę, zacząłem
eksperymentować, uczyć się stylu, pisałem trochę psychologicznych rzeczy,
trochę miniatur teatralnych. Pierwsze opowiadanie, jakie udało mi się
opublikować (w meganiszowym magazynie o kuriozalnej nazwie Radostowa)
opowiadało o upośledzonym umysłowo chłopcu. Potem wróciłem do prozy mniej
realistycznej i udało mi się opublikować kilka opowiadań w Magazynie
Fantastycznym i SFFiH. Wydaje mi się, że musiałem mieć jakieś 17 lat, gdy
usiadłem i pomyślałem sobie "kurczę, jestem pisarzem". Ale tak
naprawdę, naprawdę, naprawdę moja pisanina przybrała formę zorganizowanej,
zdyscyplinowanej pracy dopiero, kiedy skończyłem studia.
Paulina: Jak byś zdefiniował słowo "pisarz"? Niby
definicją przyjętą jest po prostu "osoba, która pisze", ale sporo
wokół tego słowa... mitologii.
Grzesiek: Tak, mitologii tu mamy aż za dużo, debaty w tej materii
są liczne i przeważnie sięgają absurdu, dlatego wolałbym jakoś szczególnie tego
nie roztrząsać. Żeby jednak nie pozostawić Twojego pytania całkiem bez
odpowiedzi, powiem tylko, iż do mnie najbardziej przemawia (dość romantyczna,
przyznaję) koncepcja Rainera Marii Rilkego, który w sumie stwierdził, że
człowiek może uważać się za pisarza wtedy, gdy pisanie staje się dla niego
potrzebą.
Paulina: Podoba mi się ta definicja ;) Czyli miałeś przerwę w
czasie studiów, rozumiem? Czemu wróciłeś do pisania? Z potrzeby właśnie? W
czasie przerwy nie nokautowały Cię niespisane historie?
Grzesiek: Nie, nie. Nie miałem przerwy. Ale tak, nokautowały mnie
niespisane historie. Już tłumaczę, o co chodzi. Moim największym problemem
zawsze był fantazjozależny niedobór dyscypliny. Nadmiar pomysłów rozpraszał
mnie, sporo tekstów zostawiałem niedokończonych. Niektóre historie nigdy nie
opuszczały mojej głowy, co mnie wkurzało. Jedynym sposobem, aby coś z tym
zrobić było narzucenie sobie surowszego reżimu. To stało się możliwe dopiero,
kiedy zacząłem prowadzić bardziej uporządkowane życie. Co jak co, ale studia
nie sprzyjają dyscyplinie ;). Co prawda, teraz też nie piszę tyle, ile bym
chciał, ale o wiele łatwiej jest mi utrzymać w miarę regularny przepływ
rozmaitego śmiecia z okolic mózgowia na papier (rozumiany metaforycznie).
Paulina: Skąd czerpałeś inspirację do swoich historii?
Grzesiek: Inspirację czerpałem i czerpię z bardzo wielu źródeł.
Słucham dużo muzyki, podsłuchuję rozmowy w tramwajach (wiem, to nieładnie;]),
spaceruję po Warszawie. Książki i filmy oczywiście też mają na mnie niemały
wpływ. Zaczęło się, jak wspominałem, od Gwiezdnych Wojen. Wydawało mi się, że
historie wielu postaci domagają się opowiedzenia. Później wyglądało to już
trochę inaczej. Często bywało tak, że podobał mi się klimat jakiegoś filmu i
przychodziło mi do głowy, że chciałbym coś podobnego osiągnąć we własnej
opowieści. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie duszne, surrealistyczne i
niezwykle erotyczne horrory Davida Cronenberga. Natomiast z książkami jest tak,
że odzywa się we mnie duch współzawodnictwa. Nieraz myślę sobie "Kurczę,
to jest świetnie napisane, narracja płynie, nie mogę się oderwać. Czy dałbym
radę sprawić, aby czytelnik mojego tekstu poczuł się tak samo?"
Paulina: Naśladownictwo też?
Grzesiek: Naśladownictwa staram się unikać, ale nie ma co się
oszukiwać, jak jakaś książka robi wielkie wrażenie, to jest szansa, że coś z
niej przeniknie do powstającego tekstu. Pamiętam takie opowiadanie... Kiedy je
skończyłem ktoś mi powiedział, że bardzo mu się kojarzy z "Imieniem róży".
Miał rację, ale podczas pisania w ogóle nie byłem świadom podobieństwa.
Inspirację stanowiło coś, co przeczytałem o wczesnorenesansowych księgarzach.
Dziś takie przygody zdarzają mi się rzadziej, aczkolwiek nie unikam nawiązań do
twórczości innych pisarzy. Intertekstualność w rozsądnych dawkach potrafi
przydać smaku.
Paulina: Prawda ;) Dla czytelnika to niezła frajda. Jak wygląda
Twój proces pisania? Siadasz przed komputerem i co?
Grzesiek: Nie mam żadnej ustalonej procedury. Bywa, że siadam przed
komputerem, przez piętnaście minut żuję kciuka, piszę dwa zdania, potem znowu
żuję. Bywa też, że kiedy unoszę pokrywę laptopa gros pracy mam już za sobą, bo
właśnie spędziłem godzinę na medytacji pod prysznicem i muszę tylko jak
najszybciej spisać sceny, które w mojej głowie pojawiły się praktycznie w
gotowej postaci. Przypuszczam, że gdy tylko wodoodporne komputery staną się
towarem powszechnie dostępnym, wyhoduję skrzela. Czasami próbuję przywołać wenę
w sposób sztuczny, np. puszczając muzykę. Kiedy indziej przychodzi sama, na
przykład tuż po przebudzeniu albo na moment przed zaśnięciem. Wtedy robię
szybkie notatki. W moim domu roi się od małych, naklejanych karteczek. Ogólnie
do pisania potrzebna mi jest wewnętrzna cisza. Kabina deprywacji sensorycznej
byłaby super. Niemniej staram się codziennie wymęczyć przynajmniej te dwa
zdania, o których wspominałem wcześniej. Nie zawsze mi się to udaje.
Paulina: A czy masz jakiś zeszyt z pomysłami, czy raczej wszelkie
pomysły wykorzystujesz na bieżąco?
Grzesiek: Nie mam zeszytu. Pomysły zapisuję gdzie popadnie. Ale
tylko pomysły do tekstów, nad którymi akurat pracuję. Jeśli przychodzi mi
pomysł na coś nowego, zostawiam go. To taka pierwsze selekcja. Jeśli zapomnę,
znaczy, że i tak nie był wystarczająco ciekawy. Natomiast jeśli do mnie wraca,
to pozwalam mu dojrzeć. Nieraz łączę ze sobą kilka różnych koncepcji. Dopiero
po porządnej fermentacji decyduję się na spisanie.
Paulina: Czyli Twój kranik z pomysłami nie wysycha. A
wyschnie kiedyś? W sensie: planujesz pisać już zawsze, czy to tylko taki
chwilowy „wygłup”?
Grzesiek: Nie będę udawał, że potrafię przewidzieć
przyszłość, ale na razie wygląda na to, że mój kranik nie wyschnie nigdy.
Potrafię sobie wyobrazić siebie jako staruszka w bujanym fotelu, którego
fabuwszczep ciągle downloaduje nowe historie do infosfery. Jeśli tylko
dzieciaki będą chciały instalować sobie neuroapy do ich odczytu, to ja
prawdopodobnie będę tworzył dalej. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Paulina: Przypomnij mi za 40 lat, abym to sprawdziła ;) Załóżmy, że
już napisałeś coś nowego. Dajesz tekstowi czas odleżeć, czy jesteś raczej pewny
swego, że za 1 razem się udało dobrze napisać?
Grzesiek: Jeśli tylko mogę, daję mu odleżeć (zdarza mi się pisać na
zamówienie i deadline). Potem czytam (sam ze sobą na głosy) i poprawiam. Potem
nie mogę już na niego patrzeć. Ludzie chyba rzadko uświadamiają sobie, że
pisanie to jest coś, co się może nie udać. Zdawałoby, że jeśli pomysł jest
dobry, to tekst też będzie dobry, co najwyżej będzie wymagał szlifów
technicznych. Ale tak nie jest. To trochę jak z robieniem fotografii. Próbujesz
uchwycić nastrój chwili, ale jeśli nie złapiesz światła, to gówno z tego
wyjdzie. Niektóre teksty (np. powieść "Ciemna strona księżyca")
przerabiałem bardzo wiele razy, próbując wydobyć z nich to, o co naprawdę mi
chodziło. Niektóre musiałem po prostu wywalić do kosza i napisać jeszcze raz,
zmieniając bohaterów, scenerię, wszystko.
Paulina: Smutno chyba tak wywalić do kosza?
Grzesiek: No dobra, kłamałem. Tak naprawdę nigdy niczego nie
wywalam, bo jestem chomikiem. Ale faktycznie piszę tekst od nowa, a nieudaną
wersję grzebię w odmętach dysku. To będzie kolejna rzecz dla kolekcjonerów, jak
już stanę się megasławny;].
Paulina: Przezorny zawsze ubezpieczony ;)
Grzesiek: No właśnie:).
Paulina: Piszesz zarówno opowiadania, jak i powieści. Którą formę
wolisz? Opowiadania - są zabawą, czy pełnoprawną formą ekspresji?
Grzesiek: Opowiadania, moim zdaniem, pełnią dwie funkcje: etiud i
pełnoprawnych dzieł literackich. Mam przez to na myśli, że łatwiej jest zacząć
od opowiadań, żeby szlifować warsztat. To trochę jak z grą akordami na gitarze.
Kilka godzin nauki i możesz zagrać wszystkie piosenki Nirvany. Szpan jest?
Jest. A wysiłku mało. Natomiast weź spróbuj grać muzykę klasyczną. Naprawdę
dobre opowiadanie jest niezwykle trudno napisać. Trudniej niż dobrą powieść.
Przynajmniej tak sądzę. Jeśli chodzi o moje własne preferencje, to zależy od
nastroju, ale chyba raczej skłaniałbym się ku powieściom. Lubię wejść głębiej w
dany świat, w daną historię, zaprzyjaźnić się z bohaterami.
Paulina: A skąd wziąłeś pomysły na swoje powieści?
Grzesiek: Trudno mi powiedzieć, skąd dokładnie wzięły się pomysły
na moje powieści. Jako że pozwalam różnym koncepcjom dojrzewać, zrastać się ze
sobą itd. czasami trudno mi odtworzyć, jak to się właściwie zaczęło. Wielką
inspiracją do powstania "Szaleństwo przychodzi nocą" były z całą
pewnością opowieści wojenne mojego ś.p. dziadka. I na pewno z tego wywodzi się
ta jakby lustrzana konstrukcja. Tzn. mamy Stańka-dziadka, Stańka-chłopca i
Stasia, jego wnuka. W sensie narracyjnym są to trzy postaci, które się ze sobą
zrastają i to w jakiś sposób stanowi odbicie tego, jak mój dziadek opowiadał
mi-dziecku, historie o sobie-dziecku. Byłem w stanie wyobrazić sobie, że ten
drugi chłopiec to ja.
Z kolei pomysł (albo przynajmniej
pierwszy fragment pomysłu) na "Ciemną stronę księżyca" powstał
baaaardzo dawno temu. Musiałem mieć wtedy nie więcej niż 17 lat. Pamiętam, że
wypróbowałem go, robiąc z tej historii przygodę RPG. Potem dość długo
kombinowałem, jak go ugryźć literacko. Przyszło mi do głowy, żeby zrobić z tego
klasyczną space operę. Później zwróciłem się w stronę nieco twardszego s-f. Ale
grunt dla tej historii stanowiły przemyślenia na temat Boga, poznania,
samotności, strachu, które gromadziłem przez lata. Przemyślenia te zbłąkały się
także do mojej pracy magisterskiej. Ale właściwej przyczyny powstania tej
powieści, jej bezpośredniego źródła, impulsu, który kazał mi posadzić dupę
przed komputerem, ni diabła nie mogę sobie przypomnieć.
Paulina: A jaki był temat Twojej pracy magisterskiej?
Grzesiek: „Mit dzisiaj? O problemach poznania”. Z
grubsza chodziło w niej o to, że rzeczywistość jest tylko (aż?) opowieścią.
Bardzo to było nietzscheańskie. Albo pratchettowskie. W każdym razie obu tych
panów z przyjemnością wciągnąłem do dyskusji (i to bez ich wiedzy i woli).
Paulina: Temat… dość ciekawy. A wracając do powieści - jak
wyglądała droga wydania?
Grzesiek: Oj, droga do wydania. To jak pytać bohaterkę komedii
romantycznej o związek z gejem, który jest jednocześnie ojcem jej dziecka. It's
complicated. Więc spróbuję podejść do tego chronologicznie. Najpierw napisałem
"Ciemną stronę księżyca". Wersję pierwszą. Nie udało mi się jej
wydać, choć spotkała się z pewnym zainteresowaniem. Potem napisałem jeszcze
jedną powieść. Nie udało mi się jej wydać. Potem napisałem "Szaleństwo
przychodzi nocą". Wydałem, ale w wydawnictwie, które wiele osób mi
odradzało ze względu na złą reputację (trochę słusznie, a trochę nie). Potem
napisałem "Ciemną stronę księżyca". Znowu. Wersję gdzieś tak
siedemnastą. I wonczas, dzięki ogromnej ilości ciężkiej pracy i odrobinie
szczęścia, kupiło ją bez większych trudności Studio Truso - wydawnictwo młode,
ale porządne. Ogólnie, choć zabrzmi to jak kiepska wymówka, sytuacja na rynku
wydawniczym naprawdę nie jest wesoła. Wydawcy nie palą się do wydawania
debiutantów i nie można im się dziwić, bo to niebezpieczne. W ogóle bycie
wydawcą, z finansowego punktu widzenia, nie jest przesadnie bezpieczne. W
przypadku "Szaleństwa" doczekałem się odpowiedzi tylko na część
mejli, które wysłałem. Jeden większy wydawca się wahał, ale potem rozmyślił.
Jeden mniejszy wydawca chciał książkę wydać, ale upadł, zanim zdążyliśmy
podpisać umowę. Gdy wreszcie powieść pojawiła się w sklepach (jak się okazało,
przede wszystkim internetowych), musiałem włożyć ogromny trud w jej promocję.
Wcześniej, mimo iż publikowałem od czasu do czasu opowiadania w prasie i
Internecie, praktycznie nie istniałem. Dlatego zacząłem jeździć na konwenty,
wziąłem udział w mnóstwie konkursów, dzięki którym udało mi się dostać do kilku
antologii itd. Zapracowałem sobie na to, że z drugą powieścią poszło dużo
łatwiej. Trzecia, mam nadzieję, ukaże się jeszcze w tym roku.
Grzesiek: Prawie zawsze. Rzadko kiedy jestem w pełni zadowolony z
tego, co stworzyłem. Jak na złość, często jest tak, że teksty, które
najbardziej podobają się czytelnikom, najmniej podobają się mnie. Pamiętam, że
gdy przyjęto moje opowiadanie "Serce słońca" do SFFiH - a było to
jakoś w rok po tym, jak je napisałem - wystosowałem do redakcji mejla z naiwną
prośbą, żeby je wymienili na inne, dużo lepsze, które dopiero co skończyłem.
Niestety, to drugie opowiadanie nie przypadło im do gustu. Oczywiście, byłem
przeszczęśliwy, że poważny magazyn przygarnął mój tekst, ale jednocześnie nie mogłem
się oprzeć ponurym przemyśleniom typu: "Odrzucili pięć świetnych
opowiadań, a przyjęli tego gniota?".
Paulina: A potem recenzje weryfikują;) Jak je traktujesz?
Grzesiek: Recenzje są dla mnie niezwykle cenne i niezwykle
wkurwiające. Nadal nie potrafię podchodzić do nich z dystansem i być może nigdy
się tego nie nauczę. Wykańczają mnie emocjonalnie. Gdy ktoś mnie chwali, czuję
się jak młody bóg. Gdy ktoś mnie krytykuje, czuję się jak beztalencie. Gdy ktoś
zapomni o mnie wspomnieć (np. w przypadku recenzji antologii), wpadam w
depresję. Niemniej zawsze poważnie traktuję uwagi recenzentów, staram się
unikać wyzywania ich od abnegatów, którzy się na prawdziwej sztuce nie znają, i
w miarę możliwości próbuję poprawiać to, co w mojej pisaninie jest nie tak, a eksponować
to, co jest tak.
Paulina: To w tym roku wyjdzie 3 powieść. Jakieś inne plany?
Grzesiek: Nic nie jest zapisane w kamieniu, jak mawiają anglosasi,
na papierze też na razie nie, ale jesteśmy, że tak powiem, "po
słowie" z Truso. Co do dalszych planów, to w drodze są dwie kolejne
powieści. Dwa horrory, tak konkretnie. Jeden leży i czeka na poprawki, a drugi
jest na razie tak w 80% napisany. Mam też już plan na kolejny, taką naprawdę
duża powieść nieco w stylu Dickensa albo Johna Irvinga (tyle że z wątkami
grozowymi). Poza tym chciałbym kolejnymi opowiadaniami rozwinąć świat
przedstawiony w moich opowiadaniach z antologii "Toystories" i
„Księga wampirów”. Chciałbym też wybrać się na dłuższą wyprawę do znanego Ci z
"Szaleństwo przychodzi nocą" miasta Sogno Ventura. Chodzi też za mną
coś w konwencji postapokaliptycznego s-f z nawiązaniami do Starego Testamentu.
Jak widać, jeszcze nie prędko zacznę się nudzić. Ponadto dostałem zaproszenia
do dwóch kolejnych antologii. Wraz z Truso kombinujemy audiobooka na podstawie
niedawno opublikowanego zbiorku "Księga Wampirów". Mam pewne ciągoty
aktorskie, więc ten projekt bardzo do mnie przemawia. Na pewno będzie to
ciekawa odskocznia.
Paulina: A sam? Co czytasz?
Grzesiek: W ogóle czytam bardzo dużo, więc nie ograniczam się
do jednego czy nawet kilku wybranych gatunków. O dziwo, stosunkowo rzadko
sięgam po horrory. Nie uważam tego jednak za coś złego. Przeciwnie, uważam, że
twórcy grozy powinni mieć jak najwięcej kontaktu z literaturą spoza ich
działki. W ten sposób łatwiej im wzbogacić gatunek, podejść do niego na świeżo
i uniknąć groźby naśladownictwa i sprowadzania horroru to ogranych sztamp.
Paulina: Masz trzy tytuły, które są Ci szczególnie bliskie?
Grzesiek: „Władca pierścieni”, „Solaris”, „Worek kości”.
Kolejność nie jest przypadkowa;]. To w pewnym sensie kamienie milowe w mojej
ewolucji zarówno jako pisarza, jak i czytelnika.
Paulina: A polskich autorów czytujesz?
Grzesiek: Staram się jak najwięcej. Tłumaczenia uważam
za zmorę literackiego świata, co oczywiście nie oznacza, że ich nie czytam.
Niemniej mam wrażenie, że przez zalew prozy z zagranicy, która jest przekładana
bardzo różnie, czasem przerażająco nieudolnie, powoli zapominamy, ile można
zrobić z naszym własnym językiem, jaki jest fantastycznie bogaty i elastyczny.
Osobiście uwielbiam starych mistrzów pióra. Pasjami czytam Prusa, Kuncewiczową,
Bratnego, Hena. Młodzi twórcy fantastyki nie powinni stronić od dzieł takich
autorów. Jeśli chodzi o bardziej współczesne klimaty, mam trochę problem, bo
młodzi pisarze to konkurencja;]. Lubię Wita Szostaka. Jeśli chodzi o grozę, to
właściwie cztery nazwiska przychodzą mi do głowy: Zalewski (ale ostatnio mnie
zirytował), Kyrcz, Kain i Darda.
Paulina: A co z bizarro? Jak traktujesz ten gatunek? To
odskocznia, zabawa, czy może wierzysz w to, że i bizarro znajdzie sobie miejsce
na stałe w literaturze?
Grzesiek: Na razie traktuję to raczej jako odskocznię.
Głównie dlatego że moja twórczość bizarryczna sprowadza się do bardzo krótkich
form. Ale widzę, że ludziom się to podoba i z przerażeniem odkrywam w sobie
poczucie humoru. Więc może... Czemu
nie... Jest spora szansa, że zjawisko pozostanie niszowe, ale nigdy nie
wiadomo.
Paulina: Skąd Twoje pomysły na bizarro?
Grzesiek: Nie mam pojęcia. Naprawdę. Siedzę sobie
spokojnie, popijam koniaczek w fotelu czując się niezwykle literacko, aż tu
nagle coś mi strzeli do łba i powstaje bizarro.
Paulina: Jeździsz na konwenty. Lubisz to? Przemawiać, spotykać się
z ludźmi? Taki masz charakter, czy po prostu tego wymaga ten biznes?
Grzesiek: Konwenty lubię od momentu, kiedy skończę swoje prelekcje.
Rozmowy w kuluarach, spotkania ze znajomymi i nieznajomymi - to wszystko jest
super. Ale część oficjalna to, szczerze powiedziawszy, męka. Jestem raczej
nieśmiały i chyba nie mam talentu do prowadzenia wykładów. Trochę lepiej czuję
się podczas paneli dyskusyjnych, bo to jest bardziej żywe i naturalne.
Paulina: Przeżyłeś kiedyś coś, co mogłoby posłużyć za temat
horroru?
Grzesiek: Jak się tak nad tym zastanowić, to w sumie tak. Miałem
taką przygodę ze zwłokami kilku osób zamurowanymi w opuszczonym korytarzu
kościelnych katakumb, które przypadkiem odkryli robotnicy podczas remontu.
Nieraz zgubiłem się w lesie. Kiedyś łapiąc stopa w środku nocy w Bieszczadach
spotkałem grupę bardzo dziwnych osobników, którzy w przypływie czarnego humoru
sugerowali, że handlują ludźmi. No i był ten pijany węglarz, który przyszedł
nocą do bazy studenckiej z siekierą i napuścił wszystkim niezłego stracha. Po
raz pierwszy uczestniczyłem wówczas w planowaniu zabójstwa, które całe
szczęście nie doszło do skutku. Poza tym jednak najdziwniejsze rzeczy przeżywam
w snach. Mam zdrowo posraną podświadomość. I to właśnie wydarzenia ze snów
najczęściej przenikają do moich historii.
Herkules |
Paulina: Ha, niezłe przygody ;) A jakie Gajek ma zainteresowania
pozaliterackie?
Grzesiek: Ech, zainteresowania pozaliterackie. Ogólnie pociągają
mnie liczne dziedziny sztuki: muzyka, malarstwo, aktorstwo, fotografia. Każdą z
nich próbowałem w życiu uprawiać; w żadnej nie byłem za dobry. Poza tym lubię
się włóczyć. Lubię historię. Lubię zwierzaki. Jeżdżę konno, hoduję króliki i
jestem ojcem chrzestnym małego wampirka, którego zoologowie z nieznanych mi
przyczyn uznali za małpę.
Paulina: Co znaczy: ojcem chrzestnym małpy?
Grzesiek: Znaczy to po prostu, że płacę za chrząszcze,
pędraki, larwy i inne paskudztwa, które rzeczona małpa (a dokładnie tamaryna
czerwonobrzucha), zwana Herkulesem, spożywa.
W zamian mości Herkules, gdy wizytuję go w warszawskim zoo, podchodzi do
kratki i gryzie mnie w paluch. Czule;].
Paulina: Super ;) Obserwujesz polską scenę horroru. Jak
oceniasz to, co się dzieje?
Grzesiek: Cieszy mnie to, że się rozwija. Jest bardzo wielu
świetnie się zapowiadających młodych pisarzy. Nie będę wymieniał nazwisk, bo
ich tu już wywiadowałaś;]. Podoba mi się to, że szukamy korzeni, sięgając po
prozę Grabińskiego. Podoba mi się to, że coraz bardziej odsuwamy się od horroru
amerykańskiego, który – poza rzadkimi wyjątkami – nie jest najwyższych lotów.
Paulina: Wspierasz nowe inicjatywy? Nowe wydawnictwa, nowe
portale, KFASON, Nagroda Grabińskiego. Co o tym myślisz?
Grzesiek: Nie jestem typem aktywisty, wolę trzymać się na
uboczu. Ja tu tylko piszę. Niemniej widzę, że rynek potrzebuje zmian i już się
zmienia. Mam nadzieję, że na lepsze. KFASON był wspaniałą imprezą, cieszę się,
że zostałem na nią zaproszony. Nagroda Grabińskiego to również niezwykle
potrzebna inicjatywa. Dużo ludzi traktuje horror jako literaturę klasy B. A tak
nie jest. Groza (strach przed śmiercią, samotnością, szaleństwem, cierpieniem)
stanowi podstawę najlepszych dzieł literackich w historii. Ta nagroda to znak,
że w tym gatunku również powstają dzieła godne wyróżnienia. Jedyne, co nie
całkiem mi się podoba, to przesadne parcie na izolacjonizm. Sam lubię mieszać
style, nie ograniczam się wyłącznie do horroru. Całkowite zamknięcie się w
swoim światku... No, myślę, że nie tędy droga.
Grzesiek: Wyobrażam sobie, że dojrzeje i ludzie zaczną
wreszcie przyznawać, że i ten gatunek może zrodzić arcydzieła. Sto lat temu s-f
uznawano za literaturę drugiej kategorii. Po Lemie, Clarku czy Asimovie nikt
już tak chyba nie myśli. Mam nadzieję, że tak samo będzie z grozą.
Paulina: Poproszę o motto życiowe Gajka.
Grzesiek: Nigdy nie zastanawiałem się nad swoim mottem życiowym,
ale przypuszczam, że byłoby to coś dosyć pompatycznego w stylu "Nigdy się
nie poddawaj". O, mam coś, to fragment piosenki, którą kiedyś napisałem
(zdarzyło mi się grać w zespole rockowym za młodu): "Ile razy wdepczą cię
w ziemię, wstawaj, otrzepuj z siebie kurz. Nawet jeśli przegrasz znów, wstań,
by spróbować jeszcze raz". Tak, to w sam raz patetyczne jak na mnie, a
przy okazji odrobinę fatalistyczne;)
Paulina: Dziękuję za
rozmowę.
Komentarze
Prześlij komentarz